piątek, 13 września 2019

Od Ayany do Lu

- Kurwa! Psia jucha! - Ayana nie próbowała nawet powstrzymać bluźnierstw napływających jej do ust. - Nie mogłeś wytrzymać jeszcze kilku minut? Mężczyźni to same kłopoty.
Przeszywające na wskroś uczucie niemocy i bezsilności zupełnie sparaliżowało jej ciało. Przecież ukończyła akademię, zdobyła magiczne wykształcenie, dlaczego więc nie potrafiła utrzymać Lutobora na nogach? Sromotna porażka zbiła ją z pantałyku, lecz krążące wokół duchy nie pozwoliły jej trwać w letargu, uniemożliwiły utonięcie w morzu niepewności. Przeszywające zimno i milknący oddech polimorfa były jedynym, dzięki czemu nie straciła jeszcze kontaktu ze światem. W jednej chwili przeskoczyła do drugiej izby, wprawiając w ruch uśpiony jak dotąd megaskop. Ayana nienawidziła prosić o pomoc, tym bardziej, gdy jej jedyną nadzieją okazywały się inne czarodziejki - pyszne babska, które od kurtyzan odróżniał jedynie akademicki tytuł. 
Magiczna machina błysnęła srebrem, które z każdą chwilą coraz bardziej przypominało kobietę i to, ku zadowoleniu czarnowłosej, nie byle jaką, Francesca była jedną z tych osób, których Sardothien nie odważyłaby się publicznie potępić, ba, nie znalazłaby powodów, by ganić jedyną osobę, którą uznawała za bliską sercu przyjaciółkę.
- Ceádmil, Sor'ca. Dobrze znów cię widzieć. - Ayana nie czekała na reakcję kobiety, witając się w elfickim dialekcie charakterystycznym dla regionu, z którego pochodziła jej towarzyszka. - Jak mają się sprawy w Akademii? - Pomimo licznych uprzejmości, nekromantka liczyła, że rozmowa czym prędzej zejdzie na właściwy tor, a cierpiący za ścianą Lu nie wyzionie ducha.
- Monotonia, nowi adepci nie mają w sobie ni krzty fantazji. Potrzeba cudu, by zrobić z nich pełnoprawnych czarodziejów. - Francesca nie kryła rozczarowania. - Domyślam się jednak, że nie kontaktujesz się ze mną, by plotkować jak stara kwoka, to do ciebie nie podobne, Weddin.
- Podjęłam się czegoś, co znacząco przewyższyło moje zdolności. Chciałabym poprosić cię o pomoc, najszybciej jak to możliwe. - Ayana wymownie spojrzała za siebie, uznając to jednocześnie za doskonały pretekst, by nie spojrzeć kobiecie w twarz, gdy przyznawała się do swej niekompetencji. 
Francesca nie odpowiedziała, dając jednak niewerbalny sygnał, by nekromantka zrzuciła jej na barki ów problem. Dziewczyna nie czekała ani chwili, natychmiastowo przenosząc siebie oraz nieprzytomnego Lutobora w sam środek Akademii Sztuk Magicznych. 
~*~
Minęły siedemdziesiąt dwie godziny. Trzy dni odkąd Ayana pojawiła się w elfiej komnacie wraz z konającym mężczyzną. Od tamtej chwili niemal nie zmrużyła oka, spełniając rozkazy Francesci, która wypruwała własne żyły, by nie dopuścić do tragedii. Nie zadawała pytań, nie żądała wyjaśnień, a Sardothien była jej za to niesamowicie wdzięczna. Gdy maraton dobiegał końca, dziewczyna zasypiała na stojąco, by ostatecznie spocząć na jednej z podszytych futrem ław, wydających się wówczas najwygodniejszym meblem, na jakim kiedykolwiek leżała. Obudziła się następnego popołudnia, lecz elfka nie pozwoliła jej zobaczyć Lutobora, namawiając do zajęcia się własnymi sprawami. Ayana z początku oponowała, lecz po chwili zdała sobie sprawę, że jej obecność na niewiele by się zdała. Wybrała się więc na spacer po akademickich ogrodach i oranżeriach, mając nadzieję na spotkanie kilku mętnych adeptów, na których narzekała Francesca. Nie zdecydowała się na to jedynie w celach rozrywkowych, upatrzyła w przechadzce idealną okazję, by rozeznać się wśród swych przyszłych uczniów. Semestr trwał od kilku miesięcy, lecz obowiązkowe zajęcia z alchemii rozpoczynały się dopiero po przesileniu zimowym, od którego dzieliło ich jeszcze sporo czasu. Nekromantka nienawidziła jednak niespodzianek, tym bardziej, gdy w grę wchodził nauczany przez nią przedmiot - zamierzała wyszkolić ich na wybitnych alchemików, choćby miało wiązać się to ze wzrostem ilości nieprzespanych nocy i reputacją czepliwej jędzy. Już raz zawiodła pod względem magicznych zdolności, nie mogła pozwolić sobie na zszarganie zielarskiej reputacji.
~*~
Wróciła do budynku po czterech godzinach, natychmiastowo kierując się do skrzydła szpitalnego, do którego według zaleceń Francesci przeniesiono polimorfa. Ayana nie rozumiała, dlaczego tak bardzo przejmowała się jego stanem zdrowia - być może wiązało się to z poczuciem odpowiedzialności lub chęcią spłacenia długu za uratowanie jej życia. Wiedziała jednak, że nie odpuści, dopóki ten nie stanie o własnych siłach. Wpadła do pomieszczenia niczym burza, niemal przyprawiając o zawał siedzącą w kącie pielęgniarkę. Przeprosiła niedbale, szukając wzrokiem ukrytego za parawanem Lu. Ku ogromnej uldze, był przytomny, choć wciąż zbyt słaby, by opuścić łóżko. 
- Hael Francesca. - rzuciła po elficku, próbując wyjść przed mężczyzną na jak najbardziej opanowaną. Była w końcu czarodziejką, a nie rozemocjonowaną trzpiotką. 
Odczekała, by to polimorf wyczuł jej obecność - dopiero wtedy zbliżyła się jeszcze bardziej, siadając na brzegu sztywnego materaca. Dostrzegła jego zbite z tropu spojrzenie, które bezgłośnie błagało o wyjaśnienie, gdzie znalazł się tym razem. Dziewczyna roześmiała się na samą myśl, jak burzliwe były dla niego ostatnie dni.
- Nie martw się, to miejsce jest znacznie bezpieczniejsze niż moja piwnica. - Odchyliła głowę do góry, spoglądając w sufit. - O ile wiesz, jak się zachować. - dodała prowokacyjnie - Witaj w Akademii Sztuk Magicznych Terpheux, siedlisku straszliwych wiedźm i przemądrzałych szczeniaków, którym wydaje się, że cokolwiek potrafią. 
Przeniosła wzrok z powrotem na Lutobora, który zdawał się teraz jeszcze bardziej bezsilny, aniżeli na samym początku rozmowy. Nie dziwiła mu się ani trochę, będąc na jego miejscu, nie czułaby się lepiej.
Chciała kontynuować rozmowę, lecz nagłe pojawienie się grupy adeptów prowadzonych przez dobrze znaną nekromantce profesor skutecznie ją uciszyło. Obie strony zdawały się równie zaskoczone widokiem drugiej. 
- Ayana, cóż za niespodzianka. Nie spodziewaliśmy się ciebie tak wcześnie. - Czarodziejka była wyraźnie zmieszana, choć widok leżącego nieopodal mężczyzny wyraźnie ją rozbudził. - Kim jest twój przyjaciel?
Widziała dwuznaczne spojrzenia grupy studentów, mogła przysiąc, że słyszy kłębiące się w głowie nauczycielki przypuszczenia na temat jej relacji z nieznajomym. Nie mogła pozwolić na niedopowiedzenia, na powstanie krzywdzących plotek.
- To mój uczeń, kochana. Poprosił o dodatkowe lekcje jeszcze przed rozpoczęciem właściwych zajęć, ale sprawy nie poszły po naszej myśli. Wiesz, jak ciężko jest ich upilnować, biedak zatruł się psianką. - Westchnęła ciężko, w głębi duszy błagając, by Lu grał w tę grę razem z nią.
Oszustwo najwidoczniej zadziałało, gdyż obie kobiety po chwili zaśmiały się perliście, wymieniając uwagi na temat nieuwagi studentów, by po chwili rozejść się w swoje strony.
- Było blisko, cholera. - mruknęła pod nosem - Teraz siedzimy w tym razem, dopóki nie odzyskasz pełni sił. Muszę wymyślić, jak wytłumaczyć, dlaczego nie chodzisz na zajęcia, po tym, jak przedstawiłam cię jako studenta, a do tego czasu błagam, pilnuj swojego nosa i ogranicz rozmawianie z kimkolwiek, to może przeżyjemy. - Zaczęła nerwowo okręcać kosmyk włosów wokół palca. - Poznałeś też moje imię, nie musisz go używać, jeśli nie chcesz, jest dość pospolite. A, właśnie! Odkąd tylko nas teleportowałam, chciałam pokazać ci bibliotekę, może dowiesz się czegoś więcej o polimorfach. Przez niemal cztery wieki zgromadziliśmy tu niezłą kolekcję. Jesteś w stanie chodzić? - zapytała, jednocześnie gryząc się w język za gadulstwo - Wybacz, słowotok to moja reakcja stresowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz