niedziela, 29 września 2019

Od Ayany do Lu

Utrzymywali kontakt wzrokowy zdecydowanie za długo jak na jej gust. Czuła się niemal skrępowana, gdy ktoś przyglądał się jej z takim skupieniem. Była mistrzyni zawsze powtarzała, że Ayanie daleko od innych, łasych na komplementy czarodziejek z jej roku, że swą postawą przeczyła podstawowym cechom, jakie przypisywali im prości ludzie. Czy czuła się z tego dumna? Być może i prawdopodobnie to sprawiło, że swój talent magiczny ukryła przed światem, wypuszczając na światło dzienne jedynie cząstkę swych zdolności. 
Mimo wszystko odwzajemniła spojrzenie, pokusiła się nawet o niedbały grymas przypominający uśmiech, z uwagą wysłuchując, co młodzieniec miał jej do powiedzenia. Tytuły, którymi ją obrzucał, przyjemnie łechtały jej ego, choć nie dała tego po sobie poznać. Gdy skończył, westchnęła teatralnie, niby szukając odpowiedzi, którą już od dawna miała przygotowaną. 
- To proste jak budowa megaskopu. Czarodziejki zawsze spłacają swe długi, niezależnie od tego, jak błahe by się wydawały. Pomoc za pomoc, prosty handel wymienny. - Bawiła się leżącym nieopodal wiecznym piórem. - A skoro nasza gra zaszła aż tak daleko, że pojawiłeś się w Akademii, nie możemy jej tak po prostu zakończyć. Ty jesteś tu obcy, bezimienny, jednak ja muszę zrobić wszystko, by zachować dotychczasowy autorytet. - prychnęła, podkreślając oczywistość swych słów - Ach, prawie zapomniałam. Jeśli wspomnisz komukolwiek o tym, co zaszło w piwnicy lub publicznie powiążesz moje nazwisko z nekromancją, nie dożyjesz jutra. - Posłała mu najsłodszy uśmiech, jaki zdołała z siebie wykrzesać.
Lutobor wyraźnie zrozumiał każde jej słowo, nie zadając więcej pytań. Dalsza rozmowa ograniczyła się do naukowych tłumaczeń pochodzenia, jak i obecnej sytuacji polimorfów, przeplatanej mało znaczącymi pytaniami o Akademię. Spędzili w bibliotece zdecydowanie więcej czasu, niż zakładali, opuszczając ją dopiero po zmroku. W ciszy przechadzali się obszernymi korytarzami, umilając sobie czas zapoznawaniem Taghaina z rozkładem pomieszczeń i najszybszymi drogami do najważniejszych punktów akademii. Rozeszli się w skrzydle akademickim, do którego Ayana tymczasowo przydzieliła swego towarzysza. Ku jego szczęściu, wskazany pokój był pusty, pozwalając mężczyźnie na odpoczynek z dala od magii i wścibskich współlokatorów. Sardothien również nie zamierzała napastować go ani chwili dłużej, niemal natychmiastowo teleportując się do własnej komnaty sypialnej.
~*~
Minęły cztery dni, odkąd Lutobor nieproszony pojawił się w akademickich murach, a misternie stworzone przez Ayanę kłamstwo jakimś cudem wciąż działało, nie wzbudzając większych podejrzeń. Kobieta każdego dnia upewniała się, że mężczyźnie nie dzieje się krzywda, a żaden student, a tym bardziej członek kadry pedagogicznej, nie próbuje zadawać mu niewygodnych pytań. Dziewczyna nie widziała w tym uprzejmości ani sympatii, a jedynie obowiązek i poczucie odpowiedzialności za wciągnięcie polimorfa w tak zawiłą rzeczywistość. Dni mijały, a dzięki pomocy Francesci trucizna niemal całkowicie zniknęła, nie pozostawiając po sobie większych urazów. Sytuacja skomplikowała się pewnego wieczoru, gdy obydwoje starali się wymyślić wiarygodną historię, dzięki której Lu mógłby niepostrzeżenie opuścić Akademię. Siedzieli w bibliotece, racząc się magicznie dopieszczoną kawą, gdy do pomieszczenia, niczym burza, wparowała przedstawicielka Departamentu Magicznych Anomalii — równie stara, co niebezpieczna Fara Lacroix. 
- Profesor Sardothien. - Zwrot w niczym nie przypominał przywitania, a samo jego brzmienie sprawiło, że Ayana naprężyła się jak struna, obawiając się choćby kiwnąć palcem. - Nie chciałam przerywać ci prywatnych konsultacji, jednak pilnie potrzebujemy twojej pomocy. Mówiąc pilnie, mam na myśli natychmiast. W Atlantei doszło do niezidentyfikowanego wybuchu, a substancje, które w efekcie wydostały się na zewnątrz, spowodowały nie lada kataklizm. Fale wyrzucają na brzeg martwe istoty, okoliczna flora wymiera w zaskakującym tempie. To ogromna tragedia, którą należy jak najszybciej zakończyć. -  Zastukała obcasem o marmurową podłogę - Szczegóły wyjaśnię po drodze.
- Rozumiem, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by wesprzeć ministerstwo. - Czarnowłosa ukłoniła się nisko, niemal dotykając posadzki. - Nie mogę jednak zostawić mojego ucznia samego. W związku z ostatnimi wypadkami musi przebywać pod moją stałą kontrolą. - Kłamała najlepiej, jak mogła, choć jej szanse na przekonanie Fary były niemal znikome. 
- To nie misja dla pierwszych lepszych adeptów. - Fuknęła jakby obrażona na samą myśl o wzięciu ze sobą dodatkowej osoby. - Rozumiem, że masz zobowiązania wobec Akademii, jednak chodzi tu o coś znacznie większego i ważniejszego, niż nakazy dyrekcji. 
- Jestem czarodziejką i zgodnie ze wszystkim, w co wierzę, nie zamierzam porzucić jednej misji dla drugiej. Przykro mi, Pani Lacroix, jednak po chwili zastanowienia muszę odmówić, choć rani mi to serce. Życzę powodzenia, a teraz proszę wybaczyć, pierwszy lepszy adept również potrzebuje mojej pomocy. 
Wypowiedzenie tych trzech zdań kosztowało ją znacznie więcej, niż cokolwiek, czego doświadczyła w życiu. Pot spływał jej po plecach, a w głowie kłębiły się setki wyobrażeń i żadne z nich nie miało dobrego zakończenia. Ministerstwu się nie odmawia, a jednak okazała się na tyle głupia, by narazić samą siebie w imię żałosnych kłamstw, w które sama się wplątała. Nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku, gdy nad jej uchem po raz kolejny zabrzmiał głos staruszki.
- Arogancka jak zawsze. Nic się nie zmieniłaś przez ostatnie osiemdziesiąt lat, Sardothien. - Cedziła słowa jak najgorsze obelgi. -  Najchętniej zdegradowałabym cię za taką zniewagę, jednak twoja wiedza alchemiczna jest dla nas zbyt cenna, by tak po prostu odpuścić. Daję ci ostatnią szansę, Ayano. Chłopak jedzie z tobą, jednak to w twoim interesie leży zapewnienie mu bezpieczeństwa, ja nie przyłożę do tego ręki. - Zadarła głowę jeszcze wyżej, jakby próbując w ten sposób udowodnić swą wyższość nad nekromantką. - Za dziesięć minut chcę cię widzieć we Fluctus.
Zniknęła, a Ayana natychmiastowo osunęła się na krzesło, próbując uspokoić bijące zdecydowanie zbyt szybko serce. 
- Jakby nam jeszcze było mało, kurwa. - Odchyliła się niebezpiecznie, niemal wywracając się wraz z siedziskiem.- No nic, musimy się zbierać. Wyczerpałam już całą cierpliwość tej starej wiedźmy. Mam nadzieję, że lubisz teleporty. 
Lutobor zdawał się zupełnie zbity z tropu, niemal zagubiony, a czarodziejka nie dziwiła się mu ani trochę. Nie przywykł do burzliwej natury ich rasy i sposobu, w jaki załatwiali swe sprawy. Nie zwlekała jednak długo, mrucząc pod nosem wiązankę w starszej mowie. Wraz z ostatnim wypowiedzianym słowem, pomieszczenie zatrzęsło się, a w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stała Fara, pojawił się połyskujący złotem wyłom. 
- Złap mnie za rękę i ani waż się ją puścić, dopóki ci na to nie pozwolę. Teleporty są wyjątkowo kapryśne względem istot, które nie władają magią. - Wytłumaczyła, splatając własne palce z palcami Lutobora. - I lepiej zamknij oczy, strasznie tam jasno.
Zrobiła kilka kroków wprzód, poczuła gwałtowne szarpnięcie i wraz z polimorfem zniknęła w magicznej materii. 
<Lu?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz