wtorek, 29 października 2019

Od Sorena do Vaeril'a

Ciało drżało w zetknięciu z adrenaliną, rozgrzana posoka ospale skapywała na posadzkę, a ciągnący się za mężczyzną szkarłatny ślad odbijał przebijające przez zasłony promienie słońca. Westchnął głęboko, zakrwawioną dłonią podciągając się ku wyrwie w jednej ze ścian zamku - nie odwrócił się, gdy podeszwy jego butów barwiły ścianę, a otoczeniem wstrząsnął przenikliwy, kobiecy wrzask. Twarz młodzieńca rozświetlił kpiący uśmiech - umarł komes, niech żyje komes.
~*~
Gwałtownie otworzył oczy, a z ust wydobył się cichy jęk. Widmo przeraźliwego koszmaru wciąż wisiało tuż nad nim, zagęszczając płynącą w żyłach krew, uciskając klatkę piersiową. Jego oddech był płytki, nierówny i nieprzyjemnie świszczący. Zabliźnioną dłoń wplótł we włosy, jakby gest niósł za sobą ozdrawiające właściwości. Ostatnie miesiące wyssały z niego resztki sił, do cna dewastując pielęgnowaną od lat ostoję spokoju, będącą jedynym czynnikiem wciąż chroniącym Sorena od szaleństwa. 
- Psia jucha. - Łóżko zatrzeszczało pod ciężarem jego ciała. 
Powieki ponownie złączyły się w jedno, by po chwili odsłonić opływające rozgoryczeniem tęczówki. Przekręcił się na drugi bok, w duchu zapewniając samego siebie, że nigdy nie podjąłby się tak wymagających zleceń, gdyby wiedział, jakie konsekwencje poniosą za sobą. Sen nadszedł wraz z pianiem koguta, skwitowanego przez Acedię ostatnim, przeciągłym westchnięciem.
~*~
Wódka przyjemnie drażniła gardło, przynosząc tymczasowe ukojenie. Wiedział doskonale, że alkohol nie rozwiązywał problemów, lecz z pewnością zagłuszał wyjątkowo upartą moralność i poczucie winy. Przechylił kolejny kieliszek, a obsługująca go od kilkunastu minut kobieta wydawała się zdumiona, że wciąż trzymał się o własnych siłach. 
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść. - Iście żałosny letarg przerwało pojawienie się nieznajomego polimorfa. 
- Mogę cię zapewnić, że czuję się jeszcze gorzej. - Soren prychnął na samą myśl, jak nisko upadł w ciągu ostatnich lat. Korona spadła z głowy wraz z resztką godności, trzaskając szanse na lepszą przyszłość.
Mężczyzna nie odpowiedział, choć po zmieniających się nieustannie ekspresjach dało się dostrzec, jak wiele żałośnie brzmiących pocieszeń mógł zafundować swemu rozmówcy. Białowłosy nie zaszczycił go pojedynczym spojrzeniem, z wytęsknieniem obserwując ściekające po ściankach naczynia krople wódki - nie ośmielił się poprosić o więcej, dostrzegając zirytowanie wypisane na twarzy nieszczęsnej karczmarki. 
- Nie wyglądasz na tutejszego, dziwadle. - Polimorf odezwał się po raz kolejny. I zdecydowanie miał rację. Otulające Sorena aksamity kontrastowały z przepoconym, znoszonym odzieniem kryjących się po kątach pijaczyn. - Jak jakiś szlachcic. Albo królewicz. - Język plątał mu się niemiłosiernie, lecz nawet głupi wykryłby ukryty wśród słów wyrzut.
- Naprawdę myślisz, że gdybym należał do magnatów, piłbym pierwsze lepsze szczyny wśród bandy kompletnych kretynów? - Lodowate spojrzenie przeszyło mężczyznę na wskroś. - Daj mi, kurwa, spokój.
Nim rozkręcił się na dobre, poczuł jedynie charakterystyczną woń etanolu, doznając niespodziewanej kąpieli w złotawej, spienionej cieczy. Głośny śmiech zerwał ostatnie z powstrzymujących Sorena okowów - zacisnął zęby, gotów do puszczenia całej tej karczmy z dymem. Odszukał wzrokiem swego oprawcę, w duchu planując, w jaki sposób chciałby go ukatrupić - emocje opadły jednak wraz z chwilą, gdy przed oczyma ujrzał urokliwego młodzieńca, pomachującego czerwoną serwetką. I choć odcień szkarłatu spowodował nudności, Acedia wysilił się na blady uśmiech, przechwytując swą jedyną deskę ratunku. Natłok sprzecznych odczuć podsycanych działaniem alkoholu kompletnie odebrał mu rozum. 
- Następnym razem uważaj. - Syknął, kątem oka dostrzegając znikającego w tłumie polimorfa. Czyżby to on był sprawką całego zamieszania? 
Elf wydał się lekko zaskoczony reakcją białowłosego, zupełnie jakby z góry oczekiwał wrzasków i bezcelowej kłótni. Soren, prowokowany powracającymi powoli negatywnymi myślami i ogromnym stężeniem alkoholu we krwi, szykował się do dalszej rozmowy, przerwanej jednak przez uderzający w blat kufel. Reszta zadziała się zbyt szybko, by książę choćby spróbował przeanalizować sytuację. Cudem unikane pociski, składające się głównie ze szklanych naczyń i resztek jedzenia, przecinały powietrze, podżegając rozchodzące się po karczmie wrzaski. Wylane na Acedię piwo, niby złoty róg, wyzwolił ducha walki, prowokując do osobliwego powstania, wywołując coraz to brutalniejsze reakcje. Ludność nie potrzebowała specjalnej zachęty, by jedzenie zastąpić pięściami, przywołując tym samym grupę stacjonujących nieopodal strażników. Lśniące zbroje stały się dla Sorena jasnym sygnałem do ucieczki - umknął dostrzeżonym w ostatniej chwili bocznym wejściem, używając Skoku, by szybciej pokonać schody, które w jego obecnym stanie mogłyby przysporzyć jeszcze więcej kłopotów. Otrzepał koszulę z kurzu i ruszył przed siebie, gdy kątem oka dojrzał poruszającą się za zakrętem sylwetkę. Zamarł w bezruchu, nasłuchując odczuwalnie zirytowanego monologu, należącego do, jak po czasie udało mu się zidentyfikować, tego samego kelnera, na którym zawiesił oko zaledwie kilka chwil temu. Nie rozumiał wszystkiego, wypowiedź elfa przypominała bardziej rzucane w przypływie złości fragmenty zdań, niż sensowną i spójną wypowiedź. Trucizna, polimorf, niech zdechnie. Soren nie zamierzał się dłużej powstrzymywać, przeskoczył tuż przed twarz młodzieńca - jego postura rozbłysnęła nagle, zbijając bruneta z pantałyku. Białowłosy uśmiechnął się zadziornie, krzyżując ręce na piersiach.
- Planujemy otrucie? A może delikatny uszczerbek na zdrowiu? - zapytał, być może nieco bardziej trzeźwy, niż przy ich pierwszym spotkaniu
-  Nie twój interes. - wycedził przez zęby, próbując wyminąć swego rozmówcę
Acedia zastawił mu jednak drogę, tym razem nie zamierzając pozwolić młodzieńcowi tak łatwo zniknąć. Zacmokał z politowaniem, wyciągając z kieszeni zmiętą serwetkę zabraną z karczmy. Gdy upewnił się, że główny odbiorca faktycznie poświęca uwagę niespodziewanemu pokazowi, Soren przejechał językiem pośrodku trzymanego w dłoni przedmiotu, który wkrótce zajął się zielonym dymem, niemal samoczynnie się rozpadając. Ponowił uśmiech, spoglądając prosto w oczy drugiego z mężczyzn.
- Nie potrzeba ci partnera w zbrodni? Nieszczęśnik najwidoczniej zalazł za skórę nam obu.
Przez pewien czas wahał się i wzbraniał przed zadaniem tak bezpośredniego pytania. Kryzys zawodowy, podsycany jeszcze większym upadkiem światopoglądowym nie powinien współistnieć z możliwością dokonania kolejnej zbrodni, jednak kierująca Acedią żądza krwi nie zamierzała tak łatwo odpuścić, a on był zbyt słaby, by jakkolwiek z nią walczyć.

<Vaeril? c:  >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz